opis mojego wyjazdu 8-12,07: morze, wielkopolska, dolnyśląsk

Wróciłam z kolejnego, 3-go na tych wakacjach wyjazdu. A właściwie pierwszego na moich wakacjach, po ogłoszeniu wyników rekrutacji :)). Byłam z koleżanką z Krakowa. (nie będę wymieniać jej imienia). Wcześniej spotkałyśmy się w styczniu na Afryce (reggae fest w Toruniu). Miałam mieć tylko 40-50 zł, ale skoro dostałam się na studia to sypnęła się kasa stąd i stamtąd :).
Pierwszego dnia pojechałyśmy do Kołobrzegu. Wyjechałyśmy z Legnicy o 1 rano i wcale jej nie przeszkadzało, że wcześniej jakieś 8 godzin jechała już pociągiem i potem jeszcze 10 spędziłyśmy jadąc nad morze :). Spotkałyśmy się o 22 na dworcu. Miałyśmy 3 godziny do odjazdu, więc, skoro kupiłam winko, chciałyśmy gdzieś sobie siąść, więc przeszłyśmy przez tory i usiadłyśmy przed jakimśtam budynkiem. Ledwo co się usadowiłyśmy, a już do nas przyszli panowie z SOK-u (Straż Ochrony Kolei). Niewesoło się rozmawiało, bo niewiadomo o co chodziło. Jeden się na mnie wk… bo pisałam smsa i było to dla mnie ważniejsze niż on 🙂 chciał mi zabrać kom, grozili, straszyli, kredytówki wystawili :), ale mamy ich w d… i czekamy do trzeciego przypomnienia :). Jeden potem jeszcze za moją koleżanką latał po pociągu, bo początkujący SOK-owiec (w podeszłym wieku) nie wziął sobie kwitku dla „organu ścigającego”, ale by się jej udało… :)). Koleżanka była bardzo chętna do zapłacenia, byle nie w tamtej chwili ;), więc spytała o przypomnienia i gościu jej powiedział, że: z jego doświadczenia to nawet po pół roku ta kwota nie wzrośnie :)), więc już byłyśmy pewne że to olewamy. 100 zł, gdyby było więcej to bym nie przyjęła, bo to byłoby coś poważniejszego. Od tamtej pory starałyśmy się być grzeczne i nie rzucać w oczy (co nam się raczej nie udawało) panom z SOK-u, Str.M,Polic, itp.
Potem poszłyśmy nad rzeczkę. Miasto to ślicznie wyglądało – wieczór, latarnie, woda odbijająca się w rzece, było romantic! Miałyśmy wino, którego nie dało się otworzyć. Najpierw przeżyłam „swój pierwszy raz” skręcając sama skręta, a potem pozbywając butelki szyjki :). Winka nie dało się wypić :((.
Z L. nad morze można dojechać bezpośrednio do Szczecina lub Kołobrzegu. Wybrałyśmy to drugie z zamiarem by następnego dnia jechać w stronę Trójmiasta. Lecz okazało się, że nie starczyłoby nam kasy, więc postanowiłyśmy siedzieć w K. Było spoko – pierwszego dnia lekko świeciło słoneczko, więc opaliłyśmy twarze (ja z jednej strony tylko…, jej poszło lepiej :), ale dłużej piekło). Sprawdziłyśmy też temperaturę wody i uparłyśmy się żeby popływać. Po dłuższym czasie udało nam się to i zanurzyłyśmy się. Udało mi się kilkanaście metrów przepłynąć, a Renata pomachała aż 2 razy rękami pod wodą. Woda była przeohydnie zimna! Potem odpoczywałyśmy na plaży, a wieczorem rozłożyłyśmy namiot na plaży. Chciałyśmy oglądnąć zachód słońca, ale było zbyt chmurzyście :(. Ona mi zrobiła foto w pociągu jak spałam… A ja jej w namiocie z przepięknym widokiem na namiot i plażę. W nocy… spadł deszcz. Strasznie się ucieszyłyśmy. Namiot mokry, do niczego się potem nie nadawał, a śpiwory przemoczone. Potem ona znalazła miejsce pod jakimiś domkami gdzie nie padało, więc się tam przeniosłyśmy i już zostałyśmy. Miasteczko zwiedziłyśmy nieco, byłyśmy na rynku, kupiłyśmy po 1 kartce pocztowej (kasę trzeba było oszczędzać), jedzenie i na za wiele innych rzeczy nam nie starczyło. Moja koleżanka kupiła sobie super różowy zegarek 🙂 Czas odliczałyśmy odejmując 3 godziny 33 minuty 🙂 świetny zakup :)).
Następny dzień był raczej deszczowy, więc temperatury morza już nie sprawdzałyśmy, ale wybierałyśmy się na długie spacerki, przeważnie osobno i w różne strony, ale sobie opowiadałyśmy o tym co widziałyśmy więc obie strony (wschód i zachód od morza) mamy zaliczone :). Raz po powrocie z takiego spacerku moja koleżanka siedziała sobie z jakimś gościem, chyba Marcin miał na imię, był on na kacu i wyszedł z któregoś domku śpiewając piosenkę Kazika :)). Ona ucieszyła się na mój widok, bo byłam pretekstem do wygonienia go :(, mi się to nie podobało, no ale skoro ją na serio wkurzał…. Nocy nie chciałyśmy tam spędzać. Postanowiłyśmy iść na dworzec do poczekalni. Zapach w tamtym miejscu był tak piękny, że postanowiłyśmy jednak skorzystać z pociągu do Poznania o 23 i wyjechać. Trochę przysypiałyśmy i musiałyśmy bardzo szybko wysiadać, ale jakoś nam się to udało.
Na dworcu spałyśmy do ok. 5 o ile dobrze pamiętam. Obudzili nas panowie z SOK-u :)). Poszłyśmy na rynek :). Po drodze spytałyśmy gościa o drogę, ja jakoś bym doszła sama, ale ona musiała spytać. Jakiś gitarzysta (tak się przedstawił) powiedział jak dojść mniej więcej, ale poradził nam ławeczki przy fontannie „bo tam nie ma kamer” (zajebiście słuszna uwaga jak się potem okazało…). Poszłyśmy najpierw tam, ale ona bardzo chciała iść na rynek, więc wstałyśmy i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Położyłyśmy się przy fontannie. Słoneczko nieco świeciło. Pijaczki się do nas doczepiły i jakaś tekno-parka. Najpierw napiszę o tej parce. Dziewczyna nie odzywała się gdy nikt ją o nic nie pytał. Chłopak nazywał się „Dawid-Michał-Piotrek” (3 razy pytano go o imię). Pijaczek rozczulał się nad swoją kotką (wzruszająco o niej opowiadał, serio!), a potem spytał tego gościa skąd ma malinkę na szyi, a ten mu odpowiedział, że to jego kotka mu zrobiła. No dobra, jeszcze spoko, ale potem dodał, że tak właśnie wytresował tą kotkę(!), a ta dziewczyna siedziała obok…. Ich sprawa, ja tylko opisuję sytuację, może nieco subiektywnie, bo ja bym o sobie tak mówić nie dała. Jeden pijaczek nieco później poszedł sobie dalej, a drugi siedział, pił piwo i rozmawiał raczej z nimi niż nami. Potem podjechała policja… ochrona rynku z tekstem: „dowodziki poproszę”. Chyba wszyscy byli zachwyceni tą sytuacją, tylko nie ja, choć się z k-nką uśmiałyśmy. Przestały mnie śmieszyć ich dowcipy. Stwierdziłam, że do tej pory, zanim oni przyjechali, rozmowa była inteligentna… chyba zrozumieli o co chodzi bo się nieco przymknęli i szybko pytali o dane osobowe tamtą parkę, bo nie mieli dokumentów. Pijaczka chcieli wziąć na izbę, bo popijał nieco, ale mu się udało i go zostawili gdy wyrzucił piwo. Ten sam smerf potem spytał koleżankę, czy jej rodzice wiedzą gdzie jest, ona powiedziała, że tak, a potem spytał mnie, a ja mu przypomniałam, że jestem pełnoletnia i nie muszą wiedzieć. Ale był wściekły i miał fajną minkę :). No ale powiedział „no dobrze”. A wszystko za „leżenie w miejscu publicznym” – nie wiedziałam, że to jest zabronione, no ale teraz już wiem. Tylko nas spisali, chociaż na pewno chcieli coś jeszcze :). A wszystko przez te kamery! Podobno przy rynku jest ich 19. Ten gościu od kotki chyba właził do fontanny i mają to nagrane. Ten pierwszy pijaczek wyłowił z niej złotówkę, bo akurat potrzebował 🙂 miał do tego specjalną łopatkę, ale o tym smerfy nic nie wspominały. Posiedziałyśmy trochę, a potem wybrałyśmy się na spacerek, który z kilku powodów był nieznośny (sorry!).
Wróciłyśmy na dworzec PKP. Jeszcze trochę tam siedziałyśmy, kończyłam poprawiałć dready (mniej więcej w tamtym czasie podeszła do nas grupka menów i pytała o festiwal reggae, na który się wybierałyśmy :)). Rozmawiałyśmy, ona doczytywała książkę.
O 12 wyjechałyśmy do Ostrowa Wielkopolskiego :)). Poznałyśmy kolejną grupkę chłopczyków i szliśmy za nią, potem kolejną, a potem jeszcze jedną itd., bo niby wszyscy wiedzieli gdzie to jest, a tak na serio to chyba nikt nie wiedział od początku :)) No ale po długim spacerku z plecakami i walizkami wszyscy dotarli. Usiadłyśmy sobie przed wejściem i się zastanawiałyśmy co dalej. Tak właściwie to to ode mnie zależało, bo to ja miałam kasę (pożyczałam jej) i wybór – Poznań i niewidzenie mojej rodzinki o 1-2 dni dłużej lub koncerty i naciąganie mamusi na bilet do Poznania i wcześniejszy powrót do domu. Za długo się nie zastanawiałam, bo zespoły już miały próby, no i grali, no i ciężko było się powstrzymywać, a to w końcu tylko 12 zł i stwierdziłam, że widok rodzinki zniosę dzielnie po takiej dawce reggae na żywo pod sceną. Opłacało się. Było świetnie. Zostawiłyśmy rzeczy niedaleko wejścia na scenę, więc zespoły mogłyśmy rozpoznawać. Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem poszłyśmy do lasku i jakiś gościu w samochodzie pytał się o podjazd pod scenę, a potem okazało się, że to właśnie ten blondynek, który mi się tak cholernie podobał na Afryce, ale moja koleżanka mi go akurat zasłoniła i na początku nie byłam pewna czy to on czy nie on. Ale z blondynkami to osobna historia :). Piłam winko, kolejne, od którego mnie odrzucało i wciąż się zastanawiam czy to już starość….
Tak w ogóle to był to FESTIWAL REGGAE NA PIASKACH (edycja4!). Zespoły grały od 18-19 do ok.4. Było ich 7. Dokładnej kolejności nie pamiętam. Najpierw grał ostrowski zespół „BEZ OGRODU”. Jak wchodziłyśmy to właśnie mieli próbę. Najlepiej pamiętam wokalisto-gitarzystę i wokalistkę. Spoko grali, taki wstęp do dalszego i bardziej rozwiniętego reggae, ale spoko, to było coś. Potem „INDIOS BRAVOS”. Skądś znałam ten zespół, ale chyba nie z toruńskiej Afryki, więc nie wiem. Pod koniec na scenę wkroczyło dwóch indianców :). Wokalista potem sobie siedział przy nas na ławeczkach, jego girl pytałam o 3,05 o godzinę 🙂 (potem już nikt nie był w stanie mi powiedzieć godziny i dlatego uważam, że koncert się skończył „około” 4). Zespoły, oprócz chyba 1 czy 2, grały bardzo długo i to dobrze, ale nie do końca. Potem chyba było etno-dziwna przerwa, stary, siwy, długowłosy gościu, gwiazda DonConreaux (czyt.don konro) zaprezentował to co potrafi na gongach. (mi się to za bardzo nie podobało, więc siedziałam sama z boku przy ławce). Grał jeszcze FARI (czyt.faraj). Też znałam nie wiem skąd. Ale fajnie było. SYDNEY POLAK – to te 2 osoby z tego zespołu pytały nas o drogę. Jest to zespół gościa który gra na perce i komponuje w t.love. Potem chyba był zespół, o którym zupełnie zapomniałam i już miałam nadzieję na CGB, a tu się pojawili LION VIBRATIONS. Pamiętam z Afryki zwłaszcza wokalistę i wokalistko-gitarzystkę, która później jako jedna z nielicznych występujących na scenie „gwiazd”, przyszła się trochę pobujać pod scenę. :). Najostrzej chyba grała CAŁA GÓRA BARWINKÓW, starzy znajomi z Afryki :)). Na życzenie widowni grali więcej ska, ale nie tylko i było zajebiście. Jak zwykle men przy trąbce fajnie wyglądał :). Najlepiej pamiętam bisa – Reggae Rockers :)). Na samym końcu wystąpili VAVAMUFFIN, (z Wawy). Jedną piosenkę dedykowali wrocławianom i ludziom z okolic, więc poczułam się wyróżniona. Ogólnie to pamiętałam i znałam chyba wszystkie piosenki, miło było je usłyszeć , ale fajnie by było poznać też coś nowego (Tiger najlepiej pamiętam). Ci trzej wokaliści świetnie się uzupełniają: był blondynek :), Reggaenerator, i taki na E. chyba. Na ostatnim bisie już wychodziłam i potem tylko na ławeczce sobie przysiadłam żeby dosłuchać do końca. No i tyle. Ludzie świetnie się bawili, to było widać. Wszystkie zespoły zagrały bisy, grały długo, było SPOKO-jnie. :). Jak się dowiedziałam: w tym roku ten fest po raz pierwszy jest dwudniowy, bo był połączony z ETNO-EKO FESTEM, ale byłyśmy tylko I dnia zgodnie z planem.
Niestety moja koleżanka musiała wcześniej (ok.1-2) wyjść :(((. Pożegnałyśmy się, a ja zostałam do końca, czyli do ok.4. Na samym końcu grały te kapele, które chciałam najbardziej usłyszeć i zobaczyć. Droga na dworzec była bardzo dłuuuuuuga. Na szczęście nie musiałam czekać do 9 na pociąg, tylko miałam ok.6 z przesiadką dwa osobowe i wyszło taniej.
Na noc wróciłam do Wrocka, do mieszkania siostry. Jej chłopak wrócił z pracy, wieczorem porozmawialiśmy, dałam mu potem kasę jak szedł do sklepu i kupił mi zupkę, której niestety nie mogłam zjeść bo jestem wege i nawet jak jest napisane „warzywna” to coś mogło w niej być i jakieś zwierzątko ucierpiało, więc mu ją zostawiłam z przyklejoną karteczką „smacznego” (chociaż to też nieco przeciwko mnie, bo zwykle nie życzę komuś smacznego zwierzątka, lub choćby ekstraktu z niego, który wg ulotki był w niej), no ale nie miałam pisać o zupce :)))).
Kolejny wyjazd 21-go, do Lubiąża na SlotArtFestival, a potem na Woodstock :))) do Kostrzyna. Jadąc do Kołobrzegu podziwiałam to miasteczko przez szybę. Przyglądnęłam się dworcowi, zauważyłam, że Kostrzyn jest very rozległy, dużo pól i lasów, więc myślę, że na serio będzie spoko dla takiej masy ludzi. Jak wracałam to przejeżdżałam przez Jarocin, ale przysnęło mi się, szkoda, że już ma nie być tego festiwalu :(.
Mam of course z tego wyjazdu kilka pamiątek: kartkę pocztową, bilet, Kurier Ostrowski (z opisem historii zespołów) i gazetę Klubu Gaja rozdawane za darmo, a także mandat za łażenie po torowisku (nawet nie wiedziałam, że to się tak nazywa), bilety i tonę piasku :))))+ muszelkę.

Poczytaj mnie jeszcze:

3 thoughts on “opis mojego wyjazdu 8-12,07: morze, wielkopolska, dolnyśląsk

  1. Łoj długie było ale się milo czytało:D Widzę, że się dobrze bawiłaś. Ja może się wybiorę 16.07 pod lublin bo gra Włochaty, KSU, The Bill i Zabili Mi Żółwia, a to akurat moje urodzinki więc zrobię sobie prezent, a później odwiedzę rodzinkę z okolic rzeszowa bo 17.07 gra tam włochaty:D no a co bedę w domu siedzieć;P
    Na łudstok też się wybieram choć mam daleko.
    Jarocin…byłaś kiedyś?? Ja jak miałam 6 lat – nie pamiętam…chciałabym tam pojechać i poczytać sobie chociaz napisy na murach:)
    Pozdrawiam:***

  2. super… takie te wypady… brak mi slow… wiesz co mam na mysli… i taka odwazna… tylko pogratulowac… jeszcze raz gratuluje ci dostania sie na awf? a gdzie powieszz mi…

  3. dzięki, że to przeczytałyście 🙂
    —>karioka: niestety nie byłam w Jarocinie. będę na woo, ale to już pewnie wiesz 😉 bardzo ciekawie zapowiadają się te koncerty, ale chyba ja niestety nie będe mogła się na nich pojawić 🙁
    —>happy: dzięki za gratulacje 🙂 i za wszystko wielkie dzięki, aż mi głupio 🙂

Dodaj komentarz