moje miasta i praca jako kasjer

Czekając na autobus do pracy usiadłam sobie przy dworcu autobusowym i pisałam…

Strasznie tu [w tym mieście] jest głośno. Do tego zawsze miałam w sobie jakąś barierę psychiczną i gubiłam się w tym mieście. Nieraz strasznie krążyłam, byłam w tych samych miejscach po kilka razy, ale i tak nie wiedziałam dokąd iść. Owszem, lubię sobie urozmaicać drogi i odkrywać nowe, ale bez przesady – gdy jadę gdzieś coś załatwić i mi się śpieszy to wolę nie czuć się jak to się mówi stereotypowo: „jak w dużym mieście”. Napisałam „stereotypowo”, bo ja w dużych miastach czuję się lepiej, dużo lepiej. Bardziej wolna.

Te wspaniałe widoki miejskiej dżungli: 

Jakiś taki rodzaj nienawiści odczuwam do tego małego miasta, w którym się wychowałam. Jak ktoś mnie pyta skąd jestem, czy gdzie mieszkam to mówię, że pochodzę z L. i jakoś mi to tak ładnie brzmi, ale to pewnie dlatego, że nazwa jest niczego sobie i jest podobna do innej. Do tego można przy tym porozmawiać o czymś więcej, ale jednak przeważnie mówię to bezemocjonalnie. Tamte złe wydarzenia, obłudni i toksyczni ludzie, których poznałam i których mam w rodzinie przekreślili dużą część moich miłych wspomnień. Ale dzięki temu mam dodatkowego „kopa” i widzę dużo dużych możliwości w różnych innych miastach. Przede wszystkim miastach Polski. Możnaby wyciągnąć wniosek, że patriotyczna się jakaś stałam, ale to nie jest tak, tylko tak wygląda. Ja widzę możliwości, których nie chcą przyjąć do wiadomości emigranci. (Jak nie zobaczą to nie uwierzą?!)

Nawet w tych wielkich miastach (choć ja uważam że wielkie jest tylko jedno!) można zobaczyć piękne niebo. Na zdjęciu nie widać tego jeszcze zbyt dobrze…

A teraz praca. Fakt, że zarabiam więcej niż część znajomych i rodzina (m.in. technik farmacji) – dwudziestokilkulatkowie z zawodem, trochę mnie przeraża, bo to chyba rzeczywiście znaczy, że w tym kraju jest coś nie tak. Zwłaszcza, że pracuję na kasach w hipermarketach, co uważane jest przez większość tych ludzi za porażkę :/.

(Widzicie ten mój „upiększacz” kasy?)

Poza tym sama, z kilkudniowym wyprzedzeniem, decyduję w jakich godzinach pracuję, więc wyjazdy mogę sobie z łatwością zaplanować, nie jestem „uwiązana” – co jest kolejnym powodem do zazdrości.

Jest oczywiście minus tego rodzaju pracy, ale póki co, chcę cieszyć się tą wolnością, kasą i mieć z nich satysfakcję, a o starości pomyślę jak skończę studia (może… :P).

Gdy się nudzi to można się pobawić tym:

Innym razem jak wzięłam się za „pisanie na kolanie” to znów wspomniałam o pracy.

Wcale nie zarabiam kokosów, ale tą pracą szybko czuję się znudzona. To jest czwarty sklep, w którym kasuję. W każdym jest charakterystyczny klimat, każdy ma plusy i minusy. Póki co jeszcze je rozróżniam doskonale. W jednym raj, w drugim piekło. Wiele ma cech wspólnych, np. to, że gdy nie ma dobrego kodu na towarze to jest afera. Zdarza się to we wszystkich, pojawiają się też zadziwiający klienci, niektórych się zapamiętuje. W tym sklepie, w którym teraz jestem jest dużo obcokrajowców, słyszę próby porozumiewania się ze mną w różnych językach. W poprzednim sklepie zdarzyło się, że przyszła Angielka z dziwnym fioletowym warzywem. Ja nie byłam pewna co to jest, więc poprosiłam pomoc oczekujących w kolejce i powiedzieli, że to rzeczywiście bakłażan. Czasem jest śmiech, czasem nerwy. Ja zawsze staram się szybko wyluzować. Moja „kamienna twarz” to mi ułatwia. Nie widać tam mojego braku pewności siebie w przypadku obcych ludzi.

A co niezbyt fajne to to, że uśmiech mi się znudził i o nim zapomniałam nawet. Nie jest to na pewno pozytywne u kasjerek ale część ludzi musi się przemęczyć z moim widokiem. Czasem zdarza się, że jak komuś to strasznie się nie podoba – to mnie rozśmiesza 🙂

Na tym stanowisku co jestem w końcu się nauczyłam, że kasjerka to dobry i ciężki zawód i że należy go szanować w czasie wolnym tzn powinno być tak, że to klient powinien wiedzieć po co przyszedł do sklepu, znać jego zasady i nie utrudniać pracy kasjerkom. Tego ich uczę. Gdy ktoś jest niemiły to ja też mogę taka być. Nie interesuje mnie wtedy, że ktoś się śpieszy. Znam sposoby na spowolnienie mojej pracy. Mogę być szybka jak wąż albo wolna jak ślimak – zależnie od moich chęci.

Nie podoba mi się styczność ze zwłokami, a niektórzy ludzie to naprawdę przeginają. Gdy były dni że mordki i nóżki świnek były często to mnie aż mdliło :/. Wiem, że znowu będzie okropnie jak zaczną sprzedawać żywe zwierzęta (czyt. ryby), ale te podłużne bezgłowe też są straszne :/.

:]. A wy co myślicie o tym zawodzie?

Poczytaj mnie jeszcze:

7 thoughts on “moje miasta i praca jako kasjer

  1. zawod jak zawod, zadna praca nie hanbi… jak Ci pasuje taka eleastycznosc czasowa i wyplaty to ok.. ja bym dlugo nie wytrzymal chyba .. chociz kto wie.. a co do Warszawy hm hm hm duza czesc wawiaków… ktorych zdazylem poznac ma wygorowane poczucie wyzszosci i zadziwiajaca pewnosc siebie.. ale nie zakladam ze wszyscy. eot.

  2. Fajne fotki, zwlaszcza ta pierwsza. Praca ciezka, nie dla kazdego – to jest pewne. Usmiechaj sie jednak, gdyz jak ktos madry kiedys powiedzial: „nie usmiechamy sie dlatego, ze jestesmy szczesliwi, ale jestesmy szczesliwi bo sie usmiechamy” Brzmi niewiarygodnie, ale to prawda. Sprobuj przez pare tygodni. 🙂

  3. Szczerze to druga połowa twojego wpisu mi sie bardziej spodobała, o tej pracy. Ja robie na stacji i też sie spotykam z dziwnymi ludźmi, więc wiem o czym piszesz i co masz na myśli 😉 Też sie nie uśmiecham na siłe, bo to kretyńskie 😉

    Co do twojego opisu miasta… nie wiedziałem że jesteś w Warszawie, dopiero po zdjęciu zajarzyłem 😛

  4. Ja też wolę miasta. Sam mieszkam w Łodzi, czyli we wcale nie małym i jakoś nie mogę się odnaleźć na wsi gdzie nic nie ma i wszędzie jest daleko… A ludzie wokół to buraki 😛
    Powiada się że żadna praca nie hańbi, ale każda męczy. Ważne żeby nie być zmuszonym robić czegoś co się święcie nienawidzi. Ja akurat trafiłem świetnie – uwielbiam swój zawód.

  5. toksyczni ludzie…to raz…popatrz na nich z innej strony… moze nie znasz ich intencji, moze rzeczywiscie tacy sa, moze…zastanow sie, popatrz na wszystko obiektywnie, zanim napiszesz…
    mysle, ze kazda praca jest ciezka, inaczej nie nazywalaby sie praca:) wazne, zeby sie lubialo to co sie robi:) i nie zamienilabym swojego technika farmacji na kasjerke, bo znam ludzi i nie potrafilabym ciagle z nimi przebywac:p placa jak placa, zobaczymy za pare lat:p nie wspomnialas, ze technik farmacji jest na stazu:p
    usmiech sie przydaje czasami, choc najchetniej delikatnie powiedzialoby sie, zeby…ekhm…cenzura:)

  6. osobiscie duzych miasta nie lubie, szczegolnie TEGO najwiekszego, ale PZN jest calkiem ok, mysle, ze nawet troche lepszy od wro, ale to kwestia gustu:) co do kasjerki, tez uwazam, ze to ciezka robota, prawie nie ma czasu na przerwe, bo w hipermarketach klienci sa non stop… skoro mowisz, ze zarobki calkiem ok, godziny tez to czemu nie. tyle, ze wydaje mi sie, ze to nie jest zawod na cale zycie i w koncu moze sie calkowicie znudzic

  7. moja odpowiedz apropo wpisu Oli: mało kto lubi warszawę, w sumie to blżej takiego kogoś (spoza wawy) chyba nawet nie znam… 😛 ja poznan bardzo lubie a wroclaw nadal mnie nie przekonuje mimo ze pelny miesiac tam mieszkalam.
    i jeszcze co do kasjerek to zdarzaja sie przerwy i widzi sie starsze kasjerki wiec mogloby byc to na dluzej, ale na pewno nie dla mnie, ja chce tego tylko na teraz.

Dodaj komentarz