Szukanie sobie miejsca w szpitalu… trochę już mam tego dość. Tego wydzwaniania i dopraszania się o informacje.

Ogólnie to to jest tak, że tuż przed Nowym Rokiem byłam znów u lekarza i wypisał skierowanie na zabieg. Od razu poszłam się zapisać do oddziału przy przychodni. A właściwie to to jest przychodnia przy oddziale… Termin: połowa maja. Tego roku. Pomyślałam, że długo, bo poprzednio czekałam 2 miesiące. Tak właściwie to wtedy to było szybko, a teraz jest długo.

Potem dopiero zaczęłam myśleć – czemu tam? Bo blisko? To plus, bo ktoś jest na miejscu żeby mi pomagać. Bo tam już miałam robione? To akurat nie jest do końca plus. Dopiero trochę później zdałam sobie z tego sprawę. Choć pierwsza myśl, że to to samo miejsce i ci sami lekarze, więc „skoro oni mi spieprzyli, oni mi naprawią”. Tylko co, jeśli znów im się nie uda? Co zrobię potem? Powiem sobie „do trzech razy sztuka”? Itd.? Chociaż ten oddział już znam, orientuję się, z głodu nie padnę, znieczulenia tego samego nie wybiorę… to inna kwestia do rozmyślania.

Pamiętam co mi się podobało, a co nie. Pamiętam, że fakt wegetarianizmu trzeba zgłosić pielęgniarkom, a nie kucharkom. Pamiętam, gdzie można palić i gdzie palą tylko lekarze. Potem sobie przypominam ból… ale przy „wołaniu” o pomoc (przyciskiem) zawsze się ktoś zjawiał lub uspokajał.

Noga boli. Gdy siedzę. Gdy pochodzę. Gdy źle leżę. Z drugą też nie jest dobrze. Jeśli chodzi o zabieg, to zależy mi na czasie gdy zaboli. Zapoznałam się z opiniami innych ludzi. Posłuchałam pacjentów w wielu przychodniach i salach fizjoterapeutycznych. Poczytałam na forach co ludzie wypisują. No i wynika z tego, że w tym moim mieście nie jest tak źle. Lekarze nie najgorsi, sprzęt niezły. A na termin nie mam co narzekać. Tylko jak wytrzymać skoro ciężko chodzić, a jeszcze pracuję fizycznie? Nie usiedzę na miejscu, bo zwariuję!

ps. siostra też kiedyś coś o szpitalu napisała:

http://kfiacior.blog.pl/2013/03/24/operacja/   polecam, jak ta laska pisze!