Wypadek cz. 2

Z początku mówiłam przez telefon alarmowy, że nie potrzebuję pogotowia i nic mi nie jest. Potem szwagier podczas rozmowy telefonicznej z moją siostrą poradził żebym wezwała, bo bóle pewnie przyjdą i to małe kręcenie w glowie może zamienić się w coś większego. Do tego wiedziałam, że ogarniająca mnie adrenalinka to niezły narkotyk.
Tak więc zadzwoniłam na alarmowy raz jeszcze i poprosiłam o przyjazd karetki. Podczas palenia tego pierwszego papierosa „po”, w bezpiecznej odległości od śmierdzącego autka (dopiero później okazało się, że to nie mógł być zapach mojego tylko tamtego, bo tam olej wypłynął od razu) przyjechała policja.
Bliżej mieli do tamtego auta, więc najpierw porozmawiali z tym facetem co prowadził tamten samochód, a potem przyszli usłyszeć moją wersję wydarzeń. Pooglądali samochody, wzięli dokumenty i poszli do siebie. My z koleżanką trochę się tam plątałyśmy. Było zimno. Zamarzałam wręcz i gdy po jakimś czasie przyjechało pogotowie i mnie zabrało cieszyłam się, że zaraz znajdę się w ciepełku. Ni chu cha. Wszędzie wietrznie i lodowato.
Koleżanka została na miejscu wypadku. Zajmowała się zdjęciami aut, firmą ubezpieczeniową i holowaniem auta. Sprawcę wypadku zabrali na komendę.
Na pogotowiu było ciekawie. Mnie posadzili w kącie i w tym czasie obserwowali i zajęli się inną sprawą. Jak się dowiedziałam po krótkiej chwili, właśnie byli zajęci inną sprawą. Otóż znaleźli gdzieś przy przejściu dla pieszych poturbowanego pijaczka i nie mieli co z nim zrobić. Od jakiegoś dłuższego czasu przebywał u nich. Podobno co chwilę zmieniał wersję wydarzeń co robił tego dnia i czy ma żonę czy sam mieszka. Pewne było tylko to, że nie pochodził z tego miasta.
Chwilę po mnie zjawili sie panowie policjanci i po obudzeniu pijaczka (zajmował stół w drugiej sali) i krótkiej rozmowie stwierdzili, że nic z nim nie mogą zrobić. Podstaw do zatrzymania nie ma, bo nie wykazuje agresywnych zachowań (już, bo podobno wcześniej sie awanturował), nie zagraża nikomu, a w tym pięknym mieście nie ma od jakiegoś czasu izby wytrzeźwień. Zamknęli, bo była za droga w utrzymaniu? Coś takiego o tym miejscu słyszałam. Dowiedziałam się przy okazji, że do innego miasta nie mogą go podrzucić, bo w policji nie ma czegoś takiego jest spychanie na siebie obowiązków. I nieważne, że koleś jest z tamtego miasta. Policja to nie taksówka. Nie wiem czy miał przy sobie dokumenty i nie wiem co się z nim stało potem, bo chyba znów zasnął. Pewnie po lekkim otrzeźwieniu sobie poszedł na miasto…
Potem zajęli się mną. Najpierw odesłali na rentgen kręgosłupa szyjnego i czaszki. Chciałam iść na nogach, ale jednak wstając z krzesła się zachwiałam i posadzili mnie na wózek. W głowie kręciło się coraz bardziej. Dopiero w tamtym momencie postanowiłam, że muszę nieco zacząć myśleć o sobie, bo auto to rzecz, ja niczemu nie jestem winna, a zdrowie jest bardzo ważne. Musiałam wyjąć kolczyka z nosa, a jeszcze przyczepili się mojej fryzury twierdzac, że dready wyjdą na rentgenie. Na to nic nie można było poradzić. Zrobili foty. Czekając na zdjęcia rozmawiałam w końcu z tatą (policja sugerowała kontakt z rodzicami skoro nie mam faceta) i tu została podjęta zła (nawet bardzo) decyzja w sprawie miejsca holowania samochodu. Tato poradził żeby jak najbliżej miejsca zdarzenia, w bezpiecznym miejscu, na podwórko do znajomych. W odległości półtora kilometra od mojego domu. Przypominam, że od miejsca wypadku miałam do siebie ich pięć. Zła decyzja, bo okazało się, że po tygodniu auto zaczęło przeszkadzać, bo w tym miejscu zaplanowano ogródek. A dwa tygodnie później „ktoś się nie bał i zaje…” katalizator. Pewnie przeżył niespodziankę na złomie, że to tak mało warte, bo zwykle ta część jest droga, a w moim autku jednak taniocha. Odkryte to zostało przy oglądaniu auta przez potencjalnego kupca i zgłoszone na policję (w dowodzie był wpisany, więc do kasacji potrzebne). Przy okazji poznałam nowego dzielnicowego…

Do opisu wrócę później, bo coś to mi ciężko idzie…

Poczytaj mnie jeszcze:

Dodaj komentarz