Sobota. Ciacho, PIT, komputer i mycie dredów.

W ten weekend miałam plan się lenić i chorować. Trochę się nie uda, bo jednak nie umiem nicnierobić. Wstałam o 7. Skoro poprzednie 5 dni wstawałam tuż po piątej to nie było to dla mnie problemem. Tak po prostu wyszło. Kot najpierw przyłaził na mnie i mi mruczał do szyi, a potem ugryzł w nogę. To jego sposób na pobudkę. Przeważnie potem znów przychodzi etap mruczenia i układania się na górnej części ciała (nieważne czy to nogi czy plecy czy brzuch, ważne żeby się zmieścił, tylko na wystających kościstych biodrach nie lubi). Jak nie może wyjść z pokoju, bo drzwi są zamknięte to jest upierdliwy, a jak może to mam dłuższe chwile spokoju. Dziś były otwarte, uff!.

Zjadłam śniadanie, zrobiłam sobie kawę, zapaliłam papieroska (w tej kolejności) i wzięłam się za robienie ciasta. Bardzo rzadko mi się to zdarza i zwykle są to te z proszku. To akurat też, ale jest ono bezglutenowe z działu zdrowej żywności. Ostatnio postanowiłam jeszcze bardziej restrykcyjnie zmienić moją dietę, ale na razie testuję co mogę jeść. Ciacha dokończyłam robić dopiero przed dwunastą.

W międzyczasie przygotowałam PIT do wysłania. I teraz mam do wyboru zaadresować kopertę, iść na pocztę i zapłacić za wysłanie 5,50 albo znaleźć w papierach zeszłoroczną kwotę dochodu i wpisać do programu, dzięki czemu automatycznie zostanie wysłany do urzędu. Raczej jestem za drugą opcją, a skoro termin jest do końca kwietnia to mam czas. Papiery oczywiście mam w drugim domu, ale jest możliwe, że gdzieś na komputerze mam starego PIT-a i załatwiłabym to szybciej.

Z pożytecznych i zaplanowanych na ten tydzień rzeczy (nie wyrobiłam się z niczym i dlatego „za karę” zostałam w Mieście zamiast pojechać do domku na wsi) wystawiłam kilka rzeczy na sprzedaż na aukcji. Kilka z kilkudziesięciu a może nawet więcej tego będzie, bo dużo książek mam. Jednak zatrzymało mnie to, że strona się zablokowała i w innej kategorii nie mogłam kolejnej rzeczy wystawić. Kilka prób nie pomogło tego odblokować. Potem posiedzę nad tym.

Umyłam włosy. Dredy myje się długo i jest to ciężkie. Nie dość, że długo trzeba stać w niewygodnej pozycji (pochylona nad wanną), to jeszcze jak nasiąkną wody to są mega ciężkie. Mycie trwa minimum 20 minut. Nakłada się szampon kilka razy i trzeba dokładnie spłukać. Jeszcze mnie czeka ich suszenie, na razie mam turban z ręcznika, który je trzyma i trochę wchłania wodę. Z suszarką w zimie to ponad pół godziny siedzenia jak miałam dłuższe włosy. Teraz mam nadzieję, że tylko wystarczy je podsuszyć, a reszta doschnie. Dobrze, że ciepło i słoneczko na dworze.

Jeszcze dziś powinnam posiedzieć przed laptopem żeby odświeżyć swoje konto na couchsurfingu albo innej stronie gdzie mogę podszlifować swój angielski i poznać ludzi, których można odwiedzić w wakacje.

Do lata jeszcze kawał czasu, a już jutro zaczyna się wiosna :).

photo68