Pierwszy kryzys z tęskonty za komputerem…

Zapomiałam zasilacza i nie mam od kogo pożyczyć w tym wielkim mieście. Na kupno drugiego, choć przydałby się, żeby nie musieć wozić w tą i spowrotem, mnie obecnie nie stać. Mały Asusek już dwa dni temu został schowany do szafy. Jeszcze w poniedziałek dokończyłam baterię, bo zamówiłam silnik do autka, zrobiłam przelew, zsynchronizowałam evernota i zaczął padać. Chciałam go uśpić żeby w razie czego jeszcze coś móc sprawdzić, ale zastrajkował i gdy po parunastu minutach wróciłam do pokoju, on dalej próbował coś robić w tle… to ja zezłościłam się na niego i go na chama wyłączyłam. Po chwili jednak się zreflektowałam i stwierdziłam, że łatwiej będzie się z nim od razu pogodzić i go włączyłam. Pozwoliłam mu całkowicie załadować system, odczekałam chwilę, grzecznie mu podziękowałam za jego łaski i z lekkim pośpiechem nacisnęłam magiczny przycisk „zamknij”. Poczekałam chwilę żeby upewnić się, że nie sfochał się na tyle żeby paść w połowie i wyszłam do pracy. Dwa dni poleżał na stole jako ozdoba, ale potrzebowałam trochę więcej miejsca, więc schowałam go do szafy. Musi tam przeczekać na zasilanie jeszcze 6 dni. A ja dopiero dziś zaczęłam wariować – zrobiłam pranie, wyszorowałam łazienkę, zrobiłam porządek w szafce w kuchni, dosuszyłam włosy, domalowałam paznokcie, wzięłam się za depilację i teraz planuję brudzić sobie w pokoju żeby mieć potem co sprzątać. Ach, ciężko jest! Ale kociak jakoś się nie przejmuje…

image

2 thoughts on “Pierwszy kryzys z tęskonty za komputerem…

Dodaj komentarz